już czego ratować. Z dymem poszła praca wielu miesięcy, spłonął zapas materiałów na dokończenie przedsięwzięcia. Wydawało się, że spłonęła sama idea, że złośliwy duch chaosu i zniszczenie znów pojawiły się w okolicy. Od wielu lat nie wybudowano tu niczego nowego, a gdy ktoś już spróbował, obróciło się wniwecz w ciągu godziny.

NIGDY NIE ZAPYTAŁEM Tomka i Joli, co wtedy czuli, i pewnie nie miałbym odwagi zrobić tego i dzisiaj. Właściwie nie zauważyłem też, kiedy zaczęli wszystko od początku. Sam rozpoczynałem wtedy budowę naszego domu i ten niebywały fakt,

naiwnie brzmiało - jest siła optymizmu. Któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy przy winie i rozmowa zeszła na pożar i to, co było potem, Jola powiedziała: "Trzeba było odtańczyć taniec Greka Zorby, i tyle".

ŻEBY SIĘ PRZEKONAĆ, czym naprawdę jest Banica, trzeba wysiąść w Rozstajnem i powoli iść pieszo, wiedząc, że idzie się przez starszą i nowszą historię, która nikomu nie przyniosła tutaj nic dobrego. Trzeba pokonać przestrzeń naznaczoną piętnem melancholii, minąć upadły pegeer, przejść wskroś krainę przesiąkniętą poczuciem, że tutaj nikomu nic się nie uda, że czas stanął w miejscu i lepiej go przeczekać. Trzeba

Gościniec Banica w Beskidzie Niskim - www.banica.com.pl

 

że Banica w całym tego słowa znaczeniu odradza się z popiołów, wydał mi się naturalny. Spotykaliśmy się czasem z Tomkiem i gadaliśmy jak najęci tylko o jednym: o budowaniu. Kto budował dom, ten wie, że przypomina to lekki obłęd.

CZASAMI wpadałem na budowę. To była zupełnie nowa Banica. Ze starej pozostało tylko wymurowane z kamienia przyziemie. Wyżej szło już świeże, jasne drewno, pachnące żywicą belki i właśnie ten zapach powoli przepędził czarną woń spalenizny, którą przesiąkło wszystko wokół. Było coś pięknego w lekkiej, szkieletowej konstrukcji wypełnionej na początku tylko powietrzem. Wyglądało to tak, jakby dom rzeczywiście powstawał z nicości, z czystej przestrzeni. Potem stopniowo zaczął przybierać bardziej zamkniętą, konkretną formę. Zachował jednak lekkość i jakieś dziwne, własne, wewnętrzne światło. Oczywiście rozsądek podpowiada, że to z racji dużych okien, przeszklonej werandy i tak dalej, ale tak naprawdę chodzi o coś więcej: w nowej Banicy - jakkolwiek by to

tak sobie wyliczyć marszrutę, by do Gościńca Banica dotrzeć o zmierzchu. Nad doliną wstaje granatowy mrok i widać czarne grzbiety gór. Jak okiem sięgnąć, nie ma ani jednego światła. Tylko na samym dole nad potokiem płonie złotawy blask banickich okien. Szczekają trzy psy, ale nie są groźne. Nad wejściowymi drzwiami pali się latarnia, żeby można było trafić nawet w środku nocy. W ofercie jest jeden pokój, w którym podobno straszy. Myślę jednak, że jest to raczej opiekuńczy duch.

"CHCIAŁABYŚ, żebym napisał o czymś specjalnym?" - pytam Jolę, gdy siedzimy wieczorem w kuchni i sączymy słowackiego kelta. Zastanawia się przez chwilę i w końcu mówi: "Tak. Chciałabym żebyś napisał, że to wszystko udało się dzięki przyjaciołom. Nie wiem, czy bez ich wsparcia i pomocy dalibyśmy radę. Nie będę wymieniała imion, bo jak to przeczytają, sami będą wiedzieć".

TEKST :: ANDRZEJ STASIUK

55

WYSOKIE OBCASY :: 19 KWIETNIA 2003


54 <<                                                                                       >> 52