którzy na Skwirtne przeprowadzili się kilka miesięcy temu.

  - Tu wszystko jest takie ponad, ponad... Nie­wypowiedziane - tłumaczy enigmatycznie Romek Raczek, malarz, wykonując nieokre­ślony ruch ręką. Raczek wałęsał się po Be­skidzie Niskim latami. Marzył o małej cha­cie w górach i marzenie to zapisał na kartce papieru. Ale o swoim marzeniu zapomniał, bo strasznie chlał, powiada, w Gorlicach, na Banicy, wszędzie. Łaził, za pieniądze malo­wał jelenie, pił denaturat, borygo, wpadał do przydrożnych rowów. Szukał spokoju.

  Minęły lata, może ze dwadzieścia, Romek stracił żonę, dziecko, stopniowo zanikał, kurczył się, prawie go już nie było. Ale to, co jeszcze było Romkiem, trafiło pewnego dnia na odwyk do Gosi Bukowskiej w Gorli­cach i ona z tych żałosnych resztek stworzy­ła nowego, trzeźwego Romka, który ujrzał przed sobą świat piękny i przypomniał so­bie o swoim marzeniu.

  Znowu ruszył w drogę, pomieszkując u lu­dzi na Bartnem i na starej Banicy u Ambroże­go, gdzie w potoku pływało pełno pstrągów, które łapało się rękami i rzucało do jedzenia nawet psom. Czasami mieszkał u Stasiuka na Wołowcu, bo - jak powiada - zawiązał się między nami taki niewerbalny kontakt. Gdy Andrzej wyjeżdżał, Romek karmił psy, koty, odbierał telefony i malował olejne abstrakcje. Niektóre do dziś wiszą u Stasiuków, bo poda­rował je albo wymienił na drewno lub cegły, które Andrzejowi zostały po budowie.

 

Lecą gęsi

  To drewno i cegły wiózł do siebie, na pust­kowie u podnóża zalesionego stoku Rotundy, gdzie kilka lat temu zaczął budować dom. Beton na fundamenty miejscowi przywozili mu na łyżce od spychacza. - To wszystko za moje obrazki - pokazuje swoją drewnianą chatę, poskładaną ze starego spichlerza z Ropicy Górnej i chaty łemkowskiej spod Regetowa.

  - Żyjemy prostacko, można powiedzieć - za­uważa Ania, malarka i kobieta Romka, która właśnie wróciła z lasu z torbą grzybów. - My­jemy się w misce, a prąd z agregatu jest dopie­ro od roku. Przedtem nocami malowali przy świecach, a rano nie mogli się nadziwić te­mu, co im powychodziło. Bo przy płomieniu, powiada Romek, mniej się sugerujesz deta­lem, widzisz plamy, rozlane płaszczyzny, a na płótnie dzieją się ciekawe rzeczy z kolo­rem. - Błękity malujesz, a gdy wstaje słońce, okazuje się, że to bardziej fiolety są.

  Niektórzy odwiedzający ich znajomi prze­strzegają, że ta straszna przyroda ich zeżre, stłamsi i zabije talent, ale Romek kwituje to uśmiechem, bo wie, że sztuka się rodzi w cierpieniu, dlatego w życiu nie może być za łatwo. Fakt, powiada, są obowiązki, jest cią­głe mocowanie się z materią. Ale są i chwile wyjątkowe, gdy po kuchni łazi salamandra, a po niebie suną klucze dzikich gęsi od rana do wieczora i nawet w nocy je słychać. A wte­dy Romek, chociaż nie chce, wzrusza się i łzy mu same ciekną, bo przecież nigdy w swoim życiu nie widział tyle gęsi naraz i pewnie już mu się coś takiego nie przydarzy.

 

Sławomir Mizerski, fotografie Stanisław Ciok

 

 

121

POLITYKA :: o5 LISTOPADA 2oo5


120 <<                                                                                       >> 117